Sprzedaż bezpośrednia na ulicy jest najbardziej pierwotną formą handlu. To dzięki niej nawiązują się relacje, powstają emocje między producentem, rzemieślnikiem, rękodzielnikiem a kupującym. To coś, co ożywia miejsce, wlewa w nie energię — nie tylko tę ludzką, ale i tę obecną w ruchu ulicznym, a także tę, którą artysta czy rzemieślnik wkłada w swoje prace prezentowane klientom.
Handel uliczny ma w sobie magnetyzm. 80% ludzi podchodzi tylko po to, by popatrzeć, ale coś ich przyciąga. To taki pierwotny odruch. Miejsca takie jak moje czy możliwość wystawienia się rękodzielników w różne dni — nie tylko raz w miesiącu — nadają sercu miasta atrakcyjności i pewną magiczną otoczkę. Każde miasto może być trochę Kazimierzem Dolnym nad Wisłą, jeśli tylko pozwoli się ludziom tę magię rozlać na ulice.
Co najbardziej fascynuje ludzi jadących do Indii, Egiptu czy innych egzotycznych miejsc? Są to kolorowe targowiska. Otaczają ich kolory, różnorodność połączona z ekspresją sprzedawcy, który jest zupełnie inny niż ten w sklepie, bo zaprasza ludzi idących ulicą właśnie do siebie. Zagaduje, zachęca, opowiada o tym, co robi. To jest inny świat.
Przyjrzyj się kiedyś ludziom buszującym po ulicznych straganach, zwłaszcza podczas wyprzedaży garażowych. W ludziach budzi się demon okazji. Szukają czegoś, co przypomina im dzieciństwo, albo czegoś, czego im brakuje — i na stoisku jest właśnie to, czego już się nie produkuje. Zobacz, jak piękny jest to widok: kolorowo, wesoło, gwarnie. Nowe znajomości, starzy znajomi, ekscytacja i poszukiwanie skarbów.
Oglądam zdjęcia Jarocina z dwudziestolecia międzywojennego. Były na rynku stragany, było życie. Bardzo lubię to zdjęcie. Ma w sobie tyle pozytywnych emocji.

Ewa Hejduk
