Piotr C. Kowalski

Urodziłem się w Mieszkowie koło Jarocina (chociaż w niektórych dokumentach jest napisane, że przyszedłem na świat w Poznaniu), prawie w połowie dwudziestego wieku i prawie w połowie roku, czyli 23 czerwca 1951 roku, pod wieczór. Dzień był długi, a nawet baardzo długi. Był najdłuższy, jak wspominała moja Mama. Mówiła jeszcze, że „słońce tego dnia zachodziło, zachodziło i zajść nie mogło”.

Do siedmioletniej szkoły podstawowej chodziłem z przyjemnością, a ówczesny kierownik, pan Remer, mówił do mnie zawsze Roguszczak, a nie Kowalski, a to dlatego, że przedtem, jeszcze przed wojną, uczył także moją mamę i wiedział, że jestem jej synem. Ze wszystkich przedmiotów najbardziej lubiłem rysunki (dzisiaj ten przedmiot nazywa się plastyka). Dlatego niekiedy rysowałem i malowałem prace innym (oczywiście za pieniądze, czyli za złotówkę albo za dwa złote). A skąd się wzięło to moje malowanie i rysowanie — nie wiem, gdyż w rodzinie nikt tego wcześniej nie robił. Bardzo lubiłem ilustrować przeczytane (a nawet jeszcze nieprzeczytane) książki w szkolnym dzienniczku lektur. Do dzisiaj zachowało się u mnie kilka takich DZIENNICZKÓW LEKTUR.

W tym czasie u nas, w Mieszkowie, nie było jeszcze prądu, więc zimą lekcje odrabiało się przy lampie naftowej, która wisiała nad stołem w kuchni. Obok, nieco wyżej, wisiał głośnik, przez który można było słuchać jedynie jednego programu. Głośnik ten włączał się automatycznie o 6:00 rano i wyłączał o północy. Najpierw leciała audycja dla rolników (wtedy się budziła moja Mama i szła do obory nakarmić dwie świnie i dwie kozy), a potem była gimnastyka, którą prowadził Karol Hoffmann. Nadawanie kończyło się hymnem Polski.

À propos prądu — gdy byłem w drugiej albo w trzeciej klasie, nastąpiła elektryfikacja wsi. Wyznaczono miejsca, gdzie miały stanąć słupy elektryczne (dziury pod nie wykopywali ludzie mieszkający nieopodal, w ramach tak zwanego szarwarku — robót na rzecz gminy, czyli za darmo). Doskonale pamiętam, jak pozakładano kable i stopniowo włączano prąd — o dziwo, pozwolono wtedy ludziom, w tym dzieciakom, dotykać przewodów, które jeszcze wisiały nad ziemią. Jaka to była wielka radość, gdy poczuliśmy w dłoniach ciepło elektryczności! Teraz aż mi się nie chce wierzyć, że tak było, ale przecież sam bym tego nie wymyślił. Na samą myśl ciarki przechodzą mi po plecach.

Pamiętam, i to dobrze, że wszystkie wolne chwile po powrocie ze szkoły (a tych chwil było dużo, bardzo dużo, a nawet za dużo) spędzaliśmy z kolegami (Rychu, Zbychu, Czechu) na graniu w nogę lub w palanta na placu koło domu. A jak nie graliśmy w piłkę ani w palanta, to „bawiliśmy” się w wojnę na Rynku (nikt nie chciał być Niemcem, dlatego losowaliśmy narodowości).

Zimą całymi popołudniami, gdy był mróz (a mróz był prawie zawsze), jeździliśmy na łyżwach na stawie przy gorzelni. Produkowano tam spirytus z ziemniaków, który mój ojciec jako dyżurny ruchu na stacji PKP odprawiał gdzieś dalej, do jakiegoś Polmosu. Niekiedy od gorzelanego, czyli dyrektora zakładu, ojciec otrzymywał butelkę spirytusu i potem robił sobie tak zwanego groka. Rolnicy byli bardzo zadowoleni z tej gorzelni, gdyż wywozili z niej wytłoki w dużych metalowych kadziach dla zwierząt w swoich gospodarstwach. Zapach tych wytłoków roznosił się po całej wiosce, był bardzo specyficzny i pamiętam go do dziś. Musieliśmy bardzo uważać, aby nie podjeżdżać na łyżwach zbyt blisko gorzelni, gdyż od czasu do czasu wypuszczano z niej na zewnątrz gorącą wodę, od której pękał lód. Ale my nie pękaliśmy nigdy.

Poza tym łyżwy nieustannie nam spadały, bo były przyczepiane albo na żabki z przodu i z tyłu, albo wkręcało się je bezpośrednio do butów, w których trzeba było zrobić mały otwór i przykręcić blaszkę z dziurką.

Latem zaś zrywało się czereśnie. Najpierw na ulicy Poznańskiej, biegnącej od Rynku w kierunku cmentarza i dalej do wsi Wolica Pusta. Potem, gdy poszerzano asfalt z lewej i z prawej strony drogi, wdrapywanie się na czubek wysokiej drabiny, pod którą często przejeżdżały samochody, stało się bardzo niebezpieczne. Dlatego przenieśliśmy się wtedy z naszej alei czereśniowej na ulicę Radliniecką, biegnącą w kierunku lasu i zaraz za lasem, czyli już w samym Radlińcu. Mój rekord dzienny to uzbierane dwadzieścia dwa albo dwadzieścia trzy koszyki od kartofli. Czereśnie zrywało się od wschodu do zachodu słońca. Ja byłem najlepszy, bo zrywałem jednocześnie dwoma rękoma i wydaje mi się, że gdyby jedną z dyscyplin olimpijskich lub mistrzostw świata było zrywanie czereśni, tobym z pewnością wygrał. Nikt z kolegów nie mógł mi dorównać. Koleżanki w ogóle nie zrywały czereśni, może dlatego, żebyśmy nie podglądali ich z dołu. Wtedy jeszcze dziewczyny nie nosiły spodni.

Mieliśmy dwie kozy, a to dlatego, że podobno dużo chorowałem i lekarka z Jarocina, pani Dziurzyńska, powiedziała Mamie, żebym pił mleko kozie — więc pasłem i piłem. Kozy te w każde wakacje letnie paśliśmy na zmianę z bratem (ja do południa, a on po południu, a w kolejnym tygodniu — odwrotnie). Paśliśmy je na rowie koło białych kamieni i nieopodal dwóch lei po bombach, które powstały podczas bombardowania Mieszkowa na początku drugiej wojny światowej. Niemcy chcieli zrzucić dwie bomby na nowo wybudowaną szkołę podstawową, ale nie udało im się — spadły one nieco dalej. Dla mnie było to dość urocze miejsce i bardzo lubiłem się tam bawić. Szkoda, że rolnik jakiś czas temu zasypał te leje i zniwelował teren, przecież były one żywym świadectwem historii.

Teraz nie ma już tych lei, nie ma białych, charakterystycznych kamieni i nie ma alei czereśniowej, za to nieopodal przebiega wspaniała obwodnica Mieszkowa i dalej Jarocina (część drogi krajowej numer 11).

Jak były wykopki, to się zbierało ziemniaki, paliło się łynty (łodygi), a przy okazji piekło się ziemniaki, czyli pyrki.

Jak były żniwa, to się żniwowało.

Jak były sianokosy, to najpierw się grabiło trawę skoszoną przez ojca, a potem przegrabiało siano, raz w lewo, innym razem w prawo. Któregoś roku nie było sianokosów, gdyż mała rzeczka Lubieszka wylała i cała nasza łąka znalazła się pod wodą. Moja Mama dostała wtedy odszkodowanie od państwa. Pojechałem z nią do Jarocina, do banku, który znajdował się nieopodal Rynku. Pani w okienku przedstawia druki do podpisania mojej Mamie, a ona widząc je, mówi, że coś się tu nie zgadza, że za dużo pieniędzy jest do wypłaty za tę zalaną łąkę. Pani w okienku na to, że wszystko się zgadza. A moja mama mówi tak, kiwając z niedowierzaniem głową: „Nic w tym roku nie robiliśmy przy tej łące, bo nie mogliśmy. Mąż nie musiał jej kosić. Ja z dziećmi nie musieliśmy grabić, suszyć ani przenosić siana na duże kupki przy drodze. I dostajemy aż tyle pieniędzy — westchnęła głośno. — Panie Boże, jak może być dobrze w naszym kraju, gdy takie rzeczy się dzieją?”.

À propos ojca, był on — moim i nie tylko moim zdaniem — największym kosiarzem we wsi (nie mylić z kasiarzem). Po godzinach pracy w PKP jako dyżurny ruchu kosił innym trawę, tam, gdzie nie mogła wjechać żadna kosiarka konna. Kosił także poległe zboże, którego w tamtych czasach żaden najnowocześniejszy kombajn by nie skosił. A jak już kosił, to trzy, a nawet cztery kobiety musiały wiązać to skoszone zboże w snopki. Ale zanim przystąpił do koszenia, to pół dnia klepał młoteczkiem swoją kosę. Dzięki temu nie klepaliśmy biedy, gdyż pensja dyżurnego ruchu była taka, że pożal się, Panie Boże. Na szczęście dodatkiem do pensji był deputat węglowy (i to ten najlepszy, z Mysłowic) oraz szwele. Każdy kolejarz otrzymywał raz do roku sześć szweli, czyli starych, zużytych, przesiąkniętych różnymi olejami podkładów kolejowych. Dzisiaj jest nie do pomyślenia, żeby tym palić.

W każdą sobotę po południu musieliśmy z bratem zamiatać ulicę i chodniki na wysokości domu. A przez to, że nasz dom znajdował się na narożniku, to zamiatanie było podwójne — i od strony Rynku, i od strony ulicy Radlińskiej. Zamiatało się miotłami zrobionymi z witek przez naszego ojca — bardzo tego nie lubiłem.

Wodę do domu nosiło się wiadrami z jednej z czterech pomp znajdujących się na Rynku. Wszyscy tak nosili i do głowy by nikomu nie przyszło, że może być inaczej. Niestety, nie ma już tych czterech słynnych mieszkowskich pomp. Zlikwidowano je i wywieziono na złom. Podobno były zbyt drogie w utrzymaniu, jak twierdziła pani sołtysowa na zebraniu wiejskim. A może te cztery pompy z mieszkowskiego Rynku zostały gdzieś zdeponowane?

W czasie dzieciństwa Rynek był dla mnie najważniejszy. To było prawdziwe okno na świat. Wszystko, co było wówczas istotne w Mieszkowie, działo się tam. Na przykład gdy przyjechali Cyganie (a przyjeżdżali dość często), to ich wozy stały dookoła Rynku. Cyganie karmili swoje konie, a Cyganki w swoich szerokich, pofalowanych spódnicach chodziły po domach i proponowały wróżenie z kart. Podobno w tych spódnicach nosiły kury, które się im udało złapać. My, małe dzieciaki, bardzo się baliśmy, żeby nas nie zabrali ze sobą. A wieczorem rozgaszczali się pod lasem, palili ognisko, śpiewali, tańczyli i się cieszyli. Rano jechali dalej.

Przez Rynek jechał kiedyś Wyścig Pokoju i całą szkołą podstawową dopingowaliśmy kolarzy. Najbardziej dopingowaliśmy tych ostatnich, którzy jechali pół godziny albo godzinę za peletonem.

Na Rynku znajdowała się straż pożarna, oczywiście ochotnicza.

Na Rynku stała i stoi do dzisiaj figura Matki Boskiej, o którą dbała moja Mama, ładnie ją dekorując. Ta figura była jej oczkiem w głowie.

Na Rynku, na jednym ze słupów znajdował się głośnik, przy którym zbieraliśmy się i słuchaliśmy transmisji z corocznego Wyścigu Pokoju.

Tego słupa z głośnikiem już dawno nie ma, za to kilka lat temu stanął w tym miejscu pomnik generała Stanisława Taczaka, pierwszego dowódcy Powstania Wielkopolskiego, który urodził się w jednej z kamienic na Rynku.

Na Rynku urodził się także znany rzeźbiarz z okresu międzywojennego, Władysław Marcinkowski, który studiował w Berlinie, a którego pomniki Juliusza Słowackiego znajdują się między innymi w Poznaniu i Miłosławiu, a grupa rzeźb — w katedrze poznańskiej.

Mieszków jest także miejscem urodzenia sławnego swego czasu awanturnika Bellachiniego, co wyczytałem na trzeciej stronie Ilustrowanego tygodnika dla młodzieży „Iskry” z 27 grudnia 1930 roku.

Gdy w Poznaniu odbywały się Międzynarodowe Targi Poznańskie, to przez Rynek przejeżdżało mnóstwo samochodów z różnymi rejestracjami. My, gówniarze, spisywaliśmy te numery rejestracyjne, a potem porównywaliśmy je ze sobą (dzisiaj nie wiem, po co).

W święto Bożego Ciała procesja szła przez Rynek, na którym znajdowały się trzy ołtarze.

W liceum plastycznym namalowałem specjalnie dla mojej Mamy obraz z Matką Boską, który corocznie dumnie wystawiała w ukwieconym oknie podczas procesji. Podobno niektórzy, oglądając go, zatrzymywali się i mówili: „a to Piotruś namalował”. Obraz ten do dzisiaj znajduje się w Mieszkowie u mojego brata Tadeusza i bratowej Ani.

Raz na tydzień przez Rynek przejeżdżał gałganiarz albo, jak mówili ludzie, „gałganiorz”, u którego za stare szmaty można było dostać nowy emaliowany kubek. Przyjeżdżał też niekiedy skurkosz, od którego za odpowiednio wysuszone i wygarbowane skóry po królikach lub zającach też można było dostać emaliowany kubek lub na przykład nabierkę, czyli „nabiyrke”.

Kiedy potrzebni byli ludzie do odśnieżania ulic lub do zbierania stonki w ramach szarwarku, to sołtys, pan Kościński, chodził z wielkim dzwonkiem, czyli dzwonem, i dzwoniąc, mówił to i owo swoim donośnym głosem.

Wtedy wydawało mi się, że sołtysem może zostać tylko ktoś taki — ktoś, kto głośno mówi i dzwoni dzwonem.

Gdy była Wielkanoc, to przez Rynek przechodziły Niedźwiady.

Kiedyś gospodarzowi Ciesielskiemu z ulicy Radlińskiej uciekł wściekły byk. Gdzie przybiegł? Oczywiście, że na Rynek.

Pierwszy prawdziwy film oglądałem w świetlicy na Rynku, gdy przyjechało specjalnie z Jarocina kino ruchome numer 10.

Pierwszy telewizor we wsi, oczywiście czarno-biały, miał pan Jankowski, który mieszkał na Rynku (kupił go sobie z ponoć niezłej emerytury, na którą zapracował jeszcze przed wojną w kopalni we Francji albo w Belgii). Żeby było kolorowo, to przykładał przed ekran przystawkę składającą się z trzech pasów: niebieskiego u góry, w środku czerwonego, a na dole zielonego. Niekiedy się zgadzało. Ale tylko niekiedy. To u niego pierwszy raz widziałem obraz z telewizora. Z dwoma kolegami poszliśmy. Zapukaliśmy. Wpuszczono nas i oglądaliśmy to, co akurat było na ekranie — najczęściej TV Katowice, z którą się łączono i łączono, albo obraz kontrolny. Potem był jakiś film. Nie powiedziałem w domu, dokąd idę, i koledzy również nie powiedzieli. Jak się zaczęło ściemniać, to sobie o nas przypomniano. Szukano nas w stawie koło kuźni, czy aby się tam nie utopiliśmy. Ktoś pojechał do Radlina, bo to była sobota, dzień zabawy wiejskiej. A my siedzieliśmy jak wmurowani. Patrzeliśmy w ekran, zapominając o całym bożym świecie. Wyszliśmy, gdy zakończył się program. Byliśmy tak oszołomieni, że chcieliśmy się podzielić z innymi. A ci wszyscy inni na nas z krzykiem, z hałasem. Doskonale pamiętam, że nieźle wtedy oberwałem kopystką od mojej Mamy — ta kopystka się na mnie złamała.

Potem był telewizor ogólnodostępny w świetlicy, która znajdowała się nie gdzie indziej tylko na Rynku, w domu narożnikowym, sąsiadującym z ulicą Dworcową. (Pamiętam, że zawsze mawiało się o tym budynku „tam, u Żyda”). Filmy w telewizorze w tej świetlicy można było oglądać zawsze, gdy była otwarta, ale pod jednym warunkiem. Trzeba było zapłacić dwa złote, a zimą przynieść ze sobą wiaderko węgla.

Rynkiem „rządził” pan Jakubowski, który kulał na jedną nogę. Cały czas zamiatał ścieżki, ciął i grabił trawę. Dbał także o cztery pompy (o których już nieco wcześniej wspominałem), z których wszyscy z Rynku pompowali jakże czystą wodę do swoich kuchennych ocynkowanych lub emaliowanych wiader. Niestety ostatnio, kilka lat temu, nowy Sołtys albo stara Sołtysowa je zlikwidowali i piachem zasypali, ale nikogo z Rynku się o to nie pytali, bo oni sami na nim nigdy nie mieszkali.

Jeszcze dziś, prawie 70 lat później, doskonale pamiętam, że gdy ktoś z nas wchodził panu Jakubowskiemu w drogę, to potrafił rzucić w kogoś, i to z kilkunastu metrów, grabiami lub w czyjeś szprychy od roweru. A krzyczał i wrzeszczał przy tym niemiłosiernie, i to na cały swój zachrypły głos. Tym sposobem chciał podkreślić, kto tu rządzi. Ale porządek, czyli „porzundek”, musiał być i zawsze był. Pan Jakubowski mieszkał z drugiej strony Rynku, pod numerem 28, idealnie po przekątnej do naszego domu, który wówczas miał numer 10. Mieszkał w byłej szkole podstawowej, czyli ludowej. Ta stara zabytkowa szkoła jeszcze stoi, ale ledwo, ledwo, gdyż nikt w niej już dawno nie mieszka i nikt o nią już nie dba. To tylko dlatego, że żaden z uczniów i żadna z uczennic już nie żyje. A uczyli się w niej przecież wszyscy mieszkańcy Mieszkowa, także młody Staś Taczak, także moja babcia Marianna i moja mama Stefania. A mi zawsze, ilekroć tam jestem na Rynku, to serce się kroi i łza mi się w oku kręci. Robię, co mogę. Piszę, telefonuję, mailuję, fujsbukuję, wysyłam listy polecone i pocztówki z podobizną Taczaka w generalskim mundurze w tej sprawie, ale panuje wszędzie i zawsze obojętność. Czyżby nikt tego nie widział? Czyżby moja szkoła podstawowa w Mieszkowie, nosząca od 2009 roku dumnie jego imię, też tego nie zauważała, albo zauważać nie chciała?

Ale za to kilkanaście lat temu, w 90. rocznicę wybuchu Powstania Wielkopolskiego, z inicjatywy ówczesnego Burmistrza Jarocina Adama Pawlickiego postawiono pomnik temu jakże zasłużonemu mieszkowianinowi.

O ten pomnik się dba. I to bardzo. Są kwiaty. Palą się znicze. Robione są uroczyste zdjęcia w towarzystwie żołnierzy, również w mundurach z czasów Powstania Wielkopolskiego.

Ten pomnik tak szczęśliwie albo tak nieszczęśliwie jest ustawiony, że patrząc na niego, widzi się w tle, chcąc nie chcąc, rozpadającą się tę JEGO ludową szkołę podstawową, w sąsiedztwie której znajduje się zadbany, z rozświetlonym neonem, elegancki nowy market spożywczo-handlowy DINO.

Ta szkoła się rozpada, widać to nie tylko gołym okiem, ale mówi o tym żółta tablica z czarnym napisem UWAGA! NIEBEZPIECZEŃSTWO. Jest również, ledwo widoczna, gdyż totalnie wypłowiała blaszana tablica, z której z wielkim trudem odszyfrowałem tylko napis OBIEKT ZABYTKOWY.

Ciekaw jestem, od kiedy, jest ta blaszana tablica? Kiedy została przybita i przez kogo? Z pewnością przybito ją z polecenia ważnego urzędnika z Jarocina. Czyli ze starostwa powiatowego. Ale czy dzisiejsze starostwo jarocińskie wie, co dostało w spadku po wczorajszym a może jeszcze przedwczorajszym Starostwie? Z tego, co widzę, na pewno nie STARO SIĘ wiedzieć.

Ale jedno jest pewne: nie można teraz ot tak sobie zburzyć, tej szkoły, tego OBIEKTU ZABYTKOWEGO, i urządzić na jego miejscu parkingu samochodowego, tak jak zburzono całkiem niedawno zabytkową KUŹNIĘ Pana Adama Wypycha obok kościoła (a dość dawno, nieopodal tej kuźni, duży zabytkowy spichlerz, w którym jako dziecko niekiedy się bawiłem), aby niektórzy wygodni mieszkowscy parafianie mogli swoimi niedzielnym samochodami podjeżdżać pod sam kościół.

A na co patrzy głowa w czapce generalskiej? Ano patrzy w prawo, na ruinę rozebranej byłej oberży i jednocześnie sklepu kolonialnego rodziny Taczaków. Patrzy tam, gdzie stała ta oberża, w której równo 150 lat temu się urodził. Rodzicami jego byli Balbina z domu Warasiecka i Andrzej. Oberża ta po śmierci Andrzeja Taczaka została sprzedana Wincentemu Filipiakowi, który założył tam Colonialwarenhandlung albo Gastwirtschaft (takie są szyldy od szczytu i frontu tej kamienicy, które udało mi się odczytać z poniemieckiej czarno-brązowej pocztówki). Ale niestety, jakieś czterdzieści lat temu ta jakże bardzo ważna kamienica (oraz trzy inne z rynku, niemniej ważne) została doszczętnie rozebrana z powodu poszerzenia drogi asfaltowej biegnącej od Poznania do Jarocina i dalej do Katowic.

Ostatnio pojechałem specjalnie do Malborka, w którym generał Taczak mieszkał wiele lat u swojej córki na ulicy Kolejowej 2 i gdzie zmarł w roku 1960 w wieku 86 lat.

W Muzeum Miasta Malborka jest obecnie kameralna, bardzo solidnie zrobiona wystawa ze zbiorów wnuka Taczaka, Jerzego Gogołkiewicza. A pojechałem tam dlatego, że bardzo, ale to bardzo zachęcał pan Jerzy Gogołkiewicz, kiedy był w grudniu w poznańskim Odwachu na wystawie poświęconej kolejnej rocznicy wybuchu Powstania Wielkopolskiego.

Czyż nie byłoby super zwieńczeniem przeniesienie tej malborskiej wystawy do Mieszkowa, do jego byłej szkoły, w której mogłaby być na przykład IZBA PAMIĘCI między innymi jemu poświęcona?

Czyż nie byłoby SUPER ZWIEŃCZENIEM przeniesienie tej wspaniałej wystawy z miejscowości, w której zmarł, do miejscowości, w której się urodził pierwszy dowódca zwycięskiego Powstania Wielkopolskiego, w 150. rocznicę JEGO URODZIN?

Na Rynku była jedna piekarnia — pana Ruszkiewicza. Znajdowała się tam, gdzie obecnie jest wspomniany już market DINO, a jeszcze niedawno była tam restauracja Tatiana. Oczywiście obok szkoły ludowej, do której uczęszczał mały Staś Taczak.

Pamiętam, że jako dziecko kupowałem tam smaczną grychę (długą bułkę). Pamiętam również, jak ludzie z Rynku przed każdymi świętami zanosili tam blachy z plackiem i z kruszanką, żeby piekarz je odpowiednio wypiekł. I pamiętam, jak cały Rynek pachniał wtedy od tych wypieków. Potem pan piekarz zmarł. Zlikwidowano jego piekarnię, ale piekarniany zapach jeszcze długo unosił się nad naszym Rynkiem. A nowe chleby zaczęto przywozić w dużych koszykach ciężarowymi samochodami dostawczymi. Były to zimne chleby z wielkiej powiatowej piekarni z Wilkowyi. Nie były już takie ciepłe, gorące i takie pachnące jak te z piekarni pana Ruszkiewicza. No chyba że ten chleb z Wilkowyi byłby robiony na mące mielonej w starym, słynnym, „iwaszkiewiczowskim” Młynie nad Lutynią?

Za moich dziecięcych czasów w całym Mieszkowie były tylko dwa sklepy spożywcze. Oczywiście obydwa znajdowały się na Rynku. W jednym sprzedawała pani Marta, a w drugim — pan Filipiak. On często liczył pieniądze po niemiecku. Pamiętam, że jako mały chłopiec kupowałem u niego „funt faryny”, czyli pół kilograma cukru. A było to w tej samej kamienicy, w której kiedyś mieściła się oberża Andrzeja Taczaka i w której przyszedł na świat Stanisław Taczak.

BYŁEM BARDZO SZCZĘŚLIWY, że przez pierwsze czternaście lat swojego życia mieszkałem, bawiłem się, spałem i jadłem na tym właśnie Rynku, i byłem chyba najszczęśliwszy na świecie, gdyż nigdzie indziej takiego Rynku nie było.

 

Artykuł jest rozdziałem pierwszym książki „i Inni i Inne” Piotra C. Kowalskiego wydanej przez Galerię Miejską Arsenał w Poznaniu. Książkę można nabyć w sklepie Muzeum Regionalnego w Jarocinie oraz w księgarni internetowej GaMA www.arsenal.art.pl/ksiegarnia/publikacje/.

Tags
Przejdź do treści
Kochamy Jarocin
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.